A ona znów swoje, myślę i przewracam oczami. Schylam się po kolejny kamyk i rzucam nim daleko w jezioro. Po wodzie rozchodzą się okręgi, jedyne co świadczy o moim czynie.
- Koro, daj już spokój. Tyle razy mówiłam, żebyś dała spokój najadom. Przychodzą do mnie z pretensjami. Widzisz, ostatnim razem kiedy rzucałaś kamykami rozbiłaś ich zastawę oraz skaleczyłaś jedną z nich. Pamiętaj, że tam też płynie życie - mówi bogini zbóż, czesząc swoje złociste włosy.
- Och, przecież pamiętam. Doskonale pamiętam, matko - odpowiadam. - To wcale nie tak, że robię to naumyślnie. To nie tak, że zemsta smakuje lepiej niż nektar... - Uśmiecham się paskudnie, obrzucam wodę piorunującym spojrzeniem (o zgrozo, ojciec byłby dumny!) po czym odwracam się ze spokojem na twarzy.
- Świetnie. Och, kochanie! No popatrz. Znów masz pokaleczone dłonie! Poczekaj przyniosę trochę pajęczyn i zaraz znikną... - Matka oddala się prędko, lecz jak na boginię przystało zachowuję dumę i grację.
Prycham, lecz przyglądam się jej. Demeter to kobieta smukła, wysoka, o szlachetnych rysach i kobiecych kształtach. Nie rozumiem, czym tu się zachwycać u takiej Afrodyty, mając obok moją matkę, ale... Już dawno zrozumiałam, że gust bogów jest spaczony tak samo jak ich zachowanie. Matka ma piękną opaleniznę, taką...cynamonową. Jej włosy lśnią jak kłosy zbóż w słońcu, sięgają pasa i są lekko pofalowane. Zielone jak trawa oczy dodają jej życia prawie tak bardzo, jak śliczny wesoły uśmiech matki. Dodatkowo podkreśla swoje zalety strojami - matka dba o wygląd, a choć z niechęcią, to muszę przyznać że nigdy nie widziałam jej w czymś, co by do niej nie pasowało.
Ja to zupełnie inny mit. Jestem bardziej podobna do ojca, wiecie - Zeus, pan wszystkiego, Gromowładny, i wiele wiele innych. Problem w tym, że tak często ze mną rozmawia, jak najady są dla mnie miłe. A co do mojego wyglądu - sylwetkę mam dobrą. Jestem szczupła, kobiece kształty są, nie tak wyraźne jak u matki ale... ja nie jestem jeszcze "dorosła" w boskim pojęciu. Wzrost... no cóż, nie oszukujmy się. Jestem niska, nawet bardzo. Mam ciemne, długie loki sięgające bioder. Oczy ojca w kolorze błyskających piorunów niektórych przerażają, inni są nimi zachwyceni. Skóra ma kolor o ton ciemniejszy od matki. Hmmm, po cichu szczycę się długimi nogami. Gdybym mogła, chodziłabym w innym stroju, ale jestem pod władzą matki, a ona ubiera mnie w delikatne, długie i zwiewne sukienki w pastelowych kolorach.
Odwracam się i siadam na kamieniu z podkulonymi kolanami. Wpatruje się w horyzont, mrużę oczy w zachodzącym słońcu. Wdycham zapach wiatru znad wody i zamykam oczy. A kiedy je otwieram... mój wzrok pada na ziemię obok mnie.
Marszczę brwi. Czy ten kwiat był tutaj wcześniej? Zazwyczaj kwiaty nie robią na mnie wrażenia, ale... W tym jest coś niesamowitego. Trochę jak wśród ludzi. Matka wiele mi o nich opowiadała, więc wiem, że zdarzają się niesamowici w których nawet bogowie się zakochują.
Muskam palcem jego niesamowite płatki.
- Kora, słońce, już idę. Kochanie, co tam jest? - słyszę matkę.
Nie zwracam jednak większej uwagi, ten kwiat staje sie w jednym momencie całym moim światem, a w następnym... Trzymam go w palcach, obracając i uśmiechając się ironicznie.
- KORA, NIE! Dziecko, co ty...
Matka przerywa, bo nagle za nami pojawiają się płomienie - ogromne, a wśród nich rozlega się śmiech szaleńca. Chwilę później płomienie pełzną w moją stronę. Matka krzyczy, zaklina... Przestaję ją słyszeć. Widzę tylko płomienie, nawet je czuje... Zaraz, nie to ten kwiat!
Pierwszy raz w życiu tak bardzo się boję. Płomienie docierają do skały, rzucam przepraszające spojrzenie matce, która już wie, że nie może nic zrobić. Przełykam łzy i pozwalam by płomienie mnie otoczyły.
CDN...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz