sobota, 16 kwietnia 2016

Rozdział 2 - W ciemnościach

Słyszę szum, zanim zdążę otworzyć oczy. Donośny, jest blisko, ale słyszę tak jakby przytłumiony. Marszczę nos i powoli otwieram oczy, łapiąc wdech za wdechem. Czuję, że leżę. Coś wpija mi się w plecy, chcę się podnieść. Kładę dłonie na... materacu? Krzywię się ze zmieszania i podnoszę do pozycji siedzącej.
Materac jest miękki, gruby. Okryty kocem, bardzo miękkim. Czuję się jak na gęstej trawie. 
A jednak dookoła widzę tylko ciemność. 
Skoro jednak to nie materac, to co mnie tak cholernie gniecie?!
Sięgam palcami do miejsca bólu i wyczuwam coś jakby... metal? Co to jest? Dotykam pleców i wyczuwam metalowe pręciki, jest ich wiele. Zdenerwowana warczę cicho i zrzucam nogi na podłogę. Szybko jednak je podciągam - jest lodowata. Jestem coraz bardziej zirytowana - ciemnością, drutami, podłogą... Całą tą niewiedzą. 
Zmuszam się by postawić stopy na lodowatej posadzce i staję. Odruchowo sięgam po materiał sukni - muszę go podciągnąć by się nie przewrócić idąc - jednak przesuwam tylko palcami po swoich nagich łydkach. Wzdrygam się, przesuwam dłonią coraz wyżej aż w końcu znajduję materiał - delikatny, prawie jak ten od matki, a jednak inny. Inna sprawa, że koniec sukienki sięga ledwo połowy uda. Przechodzi mnie dreszcz, gdy uświadamiam sobie, że ktoś musiał mnie przebrać. Że zrobił to, kiedy byłam nieprzytomna. 
Cała ta sytuacja jest chora.
Robię dwa kroki do przodu wyciągając ręce przed siebie. Na szczęście, bo napotykam na coś twardego. Szukam klamki, mam nadzieję, że to jakieś drzwi. I faktycznie, znajduję klamkę. Szarpię, a drzwi ustępują. Zamiast jednak ujrzeć inne pomieszczenie czy cokolwiek innego... Odnajduję swoje odbicie w lustrze podświetlone magicznymi zielonymi światełkami. Nadają mrocznego nastroju, tak jakby było go za mało. 
Widzę swoje szeroko otwarte oczy, rozczochrane włosy i... strój. To znaczy - kawałek materiału, czarnego, utrzymywanego przez druty. Zgaduję, że to gorset, nimfy czasem o tym mówią przynosząc wieści ze świata śmiertelników. Dolna część sukienki to właśnie ten tajemniczy materiał, również czarny, sięgający połówki uda. Jest lekko pofalowany, pokryty koronką. 
Patrząc na siebie zaczynam się zastanawiać czy to jest żart. Może któryś z bogów stworzył nowe święto? Nieśmieszne, ale dobrze. Grajmy dalej. To na pewno się skończy, za chwilkę ktoś się tu pojawi i powie...
- Moja pani.
No właśnie, myślę. Uśmiecham się lekko i zamykam szafę. Odwracam się i... Uśmiech znika natychmiast. Drzwi po drugiej stronie pokoju stoją otworem ale nie widzę osoby, która wypowiedziała słowa. Do pokoju wpadają miliony światełek, takich samych jak w szafie pod lustrem. 
Teraz widzę, że stoję pod okazałą szafą z czarnego mahoniu. Ma różne ciekawe zdobienia. Po mojej prawej stoi wielkie łóżko z baldachimem, to na tym łożu spałam. Koc jest czarno-zielony, natomiast rama i materiał baldachimu - czarno-srebrne. Chyba mam dosyć czarnego. W pokoju nic więcej nie ma, a jest ogromny! Dziwi mnie to, ale wzruszam ramionami. W końcu to tylko żart boga.
- No dobrze, to co teraz? Powiedzcie mi, który bóg to zaplanował? - pytam w przestrzeń.
- On ci to wyjaśni osobiście. Nasze zadanie polega jedynie na doprowadzeniu cię do niego.
- Aha... Tylko łatwiej by było, gdybyście się pokazały - mówię. 
Jestem przekonana, że to kobiecy głos. Widocznie jest ich kilka, pewnie to nimfy.
- Ależ ty nas widzisz, pani. Rozejrzyj się. Jesteśmy wszędzie.
Robię to - rozglądam się. Wydaję syk, kiedy dociera do mnie, że to światełka. A wtedy wydaje zduszony jęk. Tylko dwóch bogów posługuję się światełkami jako służącymi w swoim pałacu - i są to ostatni bogowie na mojej liście "Oczekiwanych"...
Nie ruszam się z miejsca, dopóki światełka nie siadają mi na dłoniach i delikatnie ciągną. Robię krok, jak w amoku, ale zaraz potem strząsam je z siebie.
- Odejdźcie. Chcę być sama.
Jednak wtedy światełka robią coś, czego się nie spodziewałam - oblepiają moje kostki i nadgarstki tworząc piękne kajdany. Kajdany, które mimo mojej woli i oporu ciągną mnie w stronę drzwi. 
Zaczynam krzyczeć i przeklinać, już dawno tak siarczyście nie klęłam, jednak światełka wydają się tym wcale nie przejmować. Teraz nawet nie odpowiadają.
W końcu moja szarpanina się kończy, nastaje moment gdy Upiorki puszczają. Podnoszę głowę i zatrzymuję wzrok na klamce. Nie podoba mi się to, nie mam zamiaru otwierać tych drzwi. To jednak nie jest moja decyzja - Upiorki podejmują ją za mnie. Drzwi się otwierają i ukazują mi salę - ogromną, stosunkowo pustą, bo jest tutaj tylko stolik z dwoma pucharami - i - tak, zgadliście - cała sala jest czarna! Brawa dla was...
- Anioł Ciemności. - Hmmm, brawa też dla mnie. Tylko kto klaszcze?
- Och, nie przesadzaj. To są ciemności? Ja doskonale wszystko widzę. Zalecam okulistę, skoro masz problemy ze wzrokiem. Apollo ostatnio wspominał, że mam u niego kartę rabatową, mogę ci dać, bo się nie wybieram. Albo pójdziemy razem, bo wiesz... Ja nie widzę ciebie...
- Apollo i jego karty rabatowe. Też mi coś... A ty jak zwykle ironizujesz, Aniele.
- Ja? Skądże... Ale tak serio, PANIE TAJEMNICZY, skoro jesteś takim brzydalem, że nawet się nie pokazujesz... To popełniłeś duży błąd sprowadzając mnie tutaj. Bo wiesz, tak się składa...
- Wiem, jak się składa. Wiem o tobie wszystko, Aniele. I jeśli chcesz, mogę ci się pokazać. Ale ostrzegam, padniesz na kolana jak mnie zobaczysz.
- Taaa? No dawaj, damski bokserze.
Nie dalej jak dwa kroki ode mnie ukazuje się postawny mężczyzna, około 25 letni. Wysoki, dobrze zbudowany, ale nie bardzo muskularny. Ma kruczoczarne włosy, szare oczy, krzywy uśmiech... I skrzydła. 
Przekrzywiam głowę na bok, zaplatam ręce na piersiach i prycham.
- Jakoś nadal stoję.
- Bo jeszcze się nie przyjrzałaś. 
Wzdycham i przewracam oczami. No dobra, jest przystojny i co? Mamy tak stać i gapić się na siebie? Suuuuuper...
- No fajnie, ale wiesz, mam napięty grafik i w ogóle więc jak skończyłeś przetwarzać dane i zwijać własne ego to ja sobie...
- Nie. - Wzdrygam się na ton, jakim to powiedział. 
- Hadesie...
- Nie.
- No ale czemu? A jak powiem, że chce mi się siku to co?
- Nie, w sensie, nie jestem Hadesem.
No i teraz to mnie rzucił na kolana. Znaczy, nie dosłownie ale...
- To kim ty jesteś...?

CDN...



sobota, 16 stycznia 2016

Rozdział 1 - Kwiat ognia

A ona znów swoje, myślę i przewracam oczami. Schylam się po kolejny kamyk i rzucam nim daleko w jezioro. Po wodzie rozchodzą się okręgi, jedyne co świadczy o moim czynie.
 - Koro, daj już spokój. Tyle razy mówiłam, żebyś dała spokój najadom. Przychodzą do mnie z pretensjami. Widzisz, ostatnim razem kiedy rzucałaś kamykami rozbiłaś ich zastawę oraz skaleczyłaś jedną z nich. Pamiętaj, że tam też płynie życie - mówi bogini zbóż, czesząc swoje złociste włosy.
 - Och, przecież pamiętam. Doskonale pamiętam, matko - odpowiadam. - To wcale nie tak, że robię to naumyślnie. To nie tak, że zemsta smakuje lepiej niż nektar... - Uśmiecham się paskudnie, obrzucam wodę piorunującym spojrzeniem (o zgrozo, ojciec byłby dumny!) po czym odwracam się ze spokojem na twarzy.
 - Świetnie. Och, kochanie! No popatrz. Znów masz pokaleczone dłonie! Poczekaj przyniosę trochę pajęczyn i zaraz znikną... - Matka oddala się prędko, lecz jak na boginię przystało zachowuję dumę i grację. 
Prycham, lecz przyglądam się jej. Demeter to kobieta smukła, wysoka, o szlachetnych rysach i kobiecych kształtach. Nie rozumiem, czym tu się zachwycać u takiej Afrodyty, mając obok moją matkę, ale... Już dawno zrozumiałam, że gust bogów jest spaczony tak samo jak ich zachowanie. Matka ma piękną opaleniznę, taką...cynamonową. Jej włosy lśnią jak kłosy zbóż w słońcu, sięgają pasa i są lekko pofalowane. Zielone jak trawa oczy dodają jej życia prawie tak bardzo, jak śliczny wesoły uśmiech matki. Dodatkowo podkreśla swoje zalety strojami - matka dba o wygląd, a choć z niechęcią, to muszę przyznać że nigdy nie widziałam jej w czymś, co by do niej nie pasowało.
Ja to zupełnie inny mit. Jestem bardziej podobna do ojca, wiecie - Zeus, pan wszystkiego, Gromowładny, i wiele wiele innych. Problem w tym, że tak często ze mną rozmawia, jak najady są dla mnie miłe. A co do mojego wyglądu - sylwetkę mam dobrą. Jestem szczupła, kobiece kształty są, nie tak wyraźne jak u matki ale... ja nie jestem jeszcze "dorosła" w boskim pojęciu. Wzrost... no cóż, nie oszukujmy się. Jestem niska, nawet bardzo. Mam ciemne, długie loki sięgające bioder. Oczy ojca w kolorze błyskających piorunów niektórych przerażają, inni są nimi zachwyceni. Skóra ma kolor o ton ciemniejszy od matki. Hmmm, po cichu szczycę się długimi nogami. Gdybym mogła, chodziłabym w innym stroju, ale jestem pod władzą matki, a ona ubiera mnie w delikatne, długie i zwiewne sukienki w pastelowych kolorach.
Odwracam się i siadam na kamieniu z podkulonymi kolanami. Wpatruje się w horyzont, mrużę oczy w zachodzącym słońcu. Wdycham zapach wiatru znad wody i zamykam oczy. A kiedy je otwieram... mój wzrok pada na ziemię obok mnie. 
Marszczę brwi. Czy ten kwiat był tutaj wcześniej? Zazwyczaj kwiaty nie robią na mnie wrażenia, ale... W tym jest coś niesamowitego. Trochę jak wśród ludzi. Matka wiele mi o nich opowiadała, więc wiem, że zdarzają się niesamowici w których nawet bogowie się zakochują. 
Muskam palcem jego niesamowite płatki.
 - Kora, słońce, już idę. Kochanie, co tam jest? - słyszę matkę. 
Nie zwracam jednak większej uwagi, ten kwiat staje sie w jednym momencie całym moim światem, a w następnym... Trzymam go w palcach, obracając i uśmiechając się ironicznie.
- KORA, NIE! Dziecko, co ty...
Matka przerywa, bo nagle za nami pojawiają się płomienie - ogromne, a wśród nich rozlega się śmiech szaleńca. Chwilę później płomienie pełzną w moją stronę. Matka krzyczy, zaklina... Przestaję ją słyszeć. Widzę tylko płomienie, nawet je czuje... Zaraz, nie to ten kwiat! 
Pierwszy raz w życiu tak bardzo się boję. Płomienie docierają do skały, rzucam przepraszające spojrzenie matce, która już wie, że nie może nic zrobić. Przełykam łzy i pozwalam by płomienie mnie otoczyły. 
CDN...